21.10.2002
Najpierw było słowo, a potem Jason Bourne wyszedł z morza. Niestety zaraz musiał do niego wrócić... Zostawił tam slipki. A nie były to zwykłe slipki. Było je czuć na odległość po kąpieli w karbolinie jakiej zażył miesiąc temu. Nie mógł zostawić ich w morzu, bo gdy płynął z wyspy pieskiem, od wyziewów z nich ryby zaczynały śpiewać ochrypłym sopranem.
Niestety Tony Soprano również nie mógł znieść tego zapachu. Więc poszedł na pizzę.
Minęły 3 dni. Jason wciąż usiłował za pomocą szczoteczki do zębów odkręcić śrubę okrętową, która przyczepiła mu się do nogawki. Jednak jego wysiłek był daremny. Śruby można było się pozbyć tylko przez posmarowanie jej masłem orzechowym zbieranym o północy w sadzie na najmniejszej jabłoni. Ale w pobliżu nie było żadnego sadu. No i skąd jabłonie na pustyni? Na pełnym morzu to i owszem, kilka rośnie, ale tam nie ma piasku tylko wysoko wydajne gleby torfowe.
Harremu znudziło się patrzenie na męczarnie biedaka i wyćwiczonym chwytem judo zręcznie obezwładnił śrubę uwalniając ją od coraz bardziej ponurego Jasona. Zaniósł ją do skupu złomu. Za uzyskane pieniądze kupił wannę mleka i poszedł poić krowy.
A Jason wędrował. Długo wędrował, jakieś 25 sekund, aż mu się znudziło i postanowił usiąść w cieniu lipy.
Pod lipą siedział Jasiek i enerdowskim piórem na naboje coś skrobał po papierze.
Papier był cierpliwy ale zaczynał piszczeć i muchy się zdenerwowały. Odleciały do ciepłych krajów zabierając ze sobą zapas karboliny.
Ścieżką pod lasem powoli przemaszerowała orkiestra wojskowa grająca "The Final Countdown".
Ludzie kapitana Hermana skradali się za orkiestrą niosąc na plecach zdobyczne wyrzutnie Katiusz (BM-21) na podwoziu Urala. Podłączeni do kroplówek ciężko sapali i odganiali się od komarów.
A Jason patrzył, oczy miał szeroko zamknięte i śnił o podwodnych poduszkowcach z galaretki cytrynowej i bitej śmietany.
3 godziny później profesor Wilczur przysiadł się do stołu. Jason pomyślał czy nie przydała by mu się trepanacja czaszki. Uznał to jednak za spóźniony pomysł. W dzisiejszych czasach trepanację robiło się na drugie śniadanie a nie na podwieczorek. U kręcącej się tu i ówdzie kelnerki zamówił dużą porcję flaków i 3 drożdżówki ze śliwkami.
22.10.2002
Plastykowy widelec połamał na małe kawałeczki i wrzucił do kosza na odpadki z tworzywa sztucznego jaki właśnie przelatywał mu koło głowy.
A karbolina dalej śmierdziała.
Jason założył na głowę turban i trzymając pod pachą wielbłąda udał się do najbliższego banku. Po drodze minął białą furgonetkę.
Facet z karabinkiem ledwo zdążył się uchylić przed spadającą latarnią.
Do banku było jeszcze jakieś 3 miesiące pieszo.
23.10.2002
Postanowił dalszą część trasy przebyć autostopem. Wyciągnął kciuk i złapał samolot do Zurychu.
W drodze powrotnej spotkał Józka. Józek ciągle krzyczał. I był nieprzemakalny. Czasami również sztywny jak pal. Ciągnął za sobą prodiż na sznurku i wołał na niego Ogień. A ogień trawił resztki.
Tymczasem w Brokilonie Tomasz Ochyd zbierał smerfojagody. Miał ich już 3 litry.
Przy Steppdeckstrasse stało wielkie ucho igielne. Zostawił tam wielbłąda.
Wyjął z kieszeni pistolet, przykręcił tłumik i przeładował. Bank był za rogiem. Napił się wody i zasnął.
Obudził go warkot kieszonkowego generatora prądu zasilającego wzmacniacz Indian południowoamerykańskich, którzy uciekli z Polski.
28.10.2002
Po godzinie stania w ogonku do okienka okazał kasjerowi legitymację szkolną i wydał zlecenie przelewu 10 groszy na konto internetowe. Wyszedł. W drodze do hotelu minął jelenia. Dał mu trochę trawy.
Znalazł gwoździa. Schował go do kieszeni - w pobliżu nie było żadnego skupu złomu.
Chciał wypożyczyć samochód. Niestety były tylko czarne Wołgi. A one nie nadają się do prowadzenia bistra. Kelner się nie mieści.
Zatrzymał się na moście ze wspaniałym widokiem na 3 trójkąty unoszące się nad jeziorem. Gwoździa przywiązał do mostu sznurem do prania i zjadł ciastko.
W hotelu wpadła na niego kobieta. Chwyciła za rękę i pobiegła dalej włócząc go po perskim dywanie.
Spadły mu oprawki od okularów.
Otworzyła bagażnik Malucha, wsadziła go do środka, zatrzasnęła klapę, wsiadła, odpaliła i ruszyła z piskiem łożyska w tylnym kole.
Jason rozsiadł się na kanapie i wypił podanego drinka delektując się wystawianą właśnie operą.
100 kilometrów dalej uszkodzony czołg zatarasował przejazd kolejki linowej. Musieli się wycofać, ich noże były zbyt tępe, a nie mieli szczypiec uniwersalnych - wszystkie sprzedano piekarzom do formowania ciasta.
Dookoła roztaczał się las świerkowy. Rozłożyste gałęzie tych potężnych drzew pokryte były grubą warstwą błota wyrzucanego spod kół ciężarówek. Zatrzymali jedną z nich. Usiedli na tylnym siedzeniu. Silnik Cinquecento zawył gdy ruszali i zgasł. Jason wysiadł, wyjął zapalniczkę i podpalił knot. Mogli ruszać dalej.
Droga prowadziła wzdłuż falochronu. Na jej końcu rozłożyli żagle i podnieśli kotwicę.
Jason wysiadł z autobusu, rozejrzał się dookoła i wszedł do ZOO ciągnąc Marię za rękę. Usiedli na ławce koło wybiegu żyraf. Na sąsiedniej nerwowo przyglądał się im młody oficer Abwehry. Po chwili podszedł i podał im pieczone kasztany. Schowali je do lodówki.
13.11.2002
Wyszli z
ogrodu. Zatrzymali się przed przejściem dla pieszych obok zgarbionej
staruszki o kulach. Sygnalizator świecił wściekłą czerwienią. W oddali
widać było zbliżający się samochód. Babcia ruszyła. Przeszła, koma trzy.
Zapłonął sygnał zielony. Jason ruszył ciągnąc za sobą dziewczynę.
Rozpędzony samochód przejechał jej po czubkach butów. Te zwinęły się w
trąbkę. Zagrała na nich hejnał.
Wsiedli na
rowery wodne i pojechali do Paryża mocno odbijając się kijkami.
Minęli kurhan.
Na rogatkach miasta musieli zapłacić myto. Wysypali z kieszeni okruchy
lodu i wręczyli celnikom.
Przesiedli się do tramwaju. Niestety musieli kupić bilety - miesięczne
skończyły się im dwa dni wcześniej.
Tygrysek ustąpił im miejsca na kanapie. Wysiadał na Centralnym, jechał
do Płońska po aperitif Heracles.
Znajomi poczęstowali ich jajkami na twardo i herbatą z termosu.
Odwdzięczyli się golonką w piwie.
Jason
wyszedł do toalety. Wrzucił do muszli pół rolki papieru toaletowego i
poszedł pogadać z motorniczym dlaczego koła tramwaju się ślizgają.
Wysiedli w
bocznej uliczce przy tablicy z napisem "Hotel" i strzałką skierowaną na
rozsypującą się chałupę. Stuknęli kołatką o drzwi.
Przez gigantofony rozległ się dźwięk gongu i słowa lektora "Przerwa
śródlekcyjna".
Posłusznie odłożyli pióra i wstali z ławek. Wyłączyli magnetowid - w
końcu ile razy można oglądać Amerykańskiego
Wojownika bez rozbioru gramatycznego zdań.
Otworzyła
babuleńka, którą spotkali na pasach przy Górczewskiej. Tylko teraz była
wyprostowana, miała wąsy i brodę. Powiedziała: "Józek jestem".
05.02.2003
Maria wyjęła z kieszeni śrubokręt. Przed włożeniem go w zamek Jason wyciągnął z pomiędzy futryny i drzwi cieniutki pasek celofanu z zapisanym hasłem. Wystukali go w takt Walentyny na drzwiach.
Drzwi
stanęły otworem. Wiatr przywiał zapach karboliny. W środku leżał wysoki
blondyn pijany w sztok. Grube okulary miał pokrzywione. Z leżącej obok
niego reklamówki z preparatami odchudzającymi wyjęli kalendarz
strażacki. Włożyli do środka "kopertę". Wyszli... Oddali Józkowi pół
kalendarza. Ten wręczył im płytkę ablacyjną z Columbii dostarczoną
koleją z Iraku przez Słowację.
Na rogu
utknęli w zaspie. Odkopali się kieszonkową saperką Jasona. Przyszedł sms
i powiedział ti-ti-tit--ta-ta--ti-ti-tit. To było hasło, którego nie
zapamiętali w Finlandii.
W najbliższej naleśnikarni zamówili parę przegrzaną i odczytali
zaszyfrowaną wiadomość. Wsiedli do bajeranckiej taksówki. Resztę
kalendarza wymienili na wiertarkę udarową. W porcie rozwiercili kable
energetyczne. Maria podpięła do PLC swojego PDA. Otwarła tunel w IPv6.
Wyjechał z niego ekspres do Władywostoku. Niestety nie zatrzymał się na
żądanie. Wsiedli w 603 uciekając przed pogotowiem wod-kan.
Wysiedli na
Młynowie. Pod pomnikiem odczytali od tyłu zabrany Jaśkowi wiersz.
Osiemnaste mgnienie wiosny było tuż. Wystarczyło tylko zjeść sajgonki z
ryżem.
Niestety agent Smith przebrany za Elronda nadszedł od stacji benzynowej
i przerwał przygotowania do uczty. Wymienili ukłony i cały pracowicie
zbierany łupież wsypał im się do ryżu. 3 tysiące lat temu też tak zrobił.
Nadeszło lato.
Wskoczyli na koń i popędzili ratować piwowarka. Na próżno. Wrócili
pieszo.
12.05.2003
Na Bielany.
Wypili kawę i przegryźli po sucharku znalezionym w puszce pozostawionej
przypadkowo przez utrwalaczy z ubiegłego wieku. To dodało im sił.
Spokojnie ułożyli się w na podwójnej karimacie i zapadli w głęboki sen
przerywany tylko przez robotników ocieplających asfalt na skrzyżowaniu.
O świcie obudziło ich pianie kura. Na szczęście w telewizji nadawali
właśnie Sąsiadów. Pomogli Patowi i Matowi opróżnić kosze na pulpitach.
Musieli ruszać dalej. Na horyzoncie zamajaczył statek. Przechylił się i
zniknął. To zbiło Jasona z tropu. Misterny plan dotarcia nad Wisłę
pontonem na kółkach rozsypał się w jednej chwili. Ponton nie miał
masztu i skończył się ketchup. Zapasy najbliższej stacji benzynowej
były wyczerpane od miesiąca.
Na szczęście była wódka i jeszcze dostali kartę chipową.
Przez dwa tygodnie prowadzili skomplikowane syntezy chemiczne. W końcu
uzyskali gram ketchupu. Zaświtała nadzieja. Ruszyli. Na Wisłostradzie
włączyli dopalacze.
Dotarli w ostatniej chwili. Właśnie topiła się Marzanna. A Łabądź stał
i się przyglądał. W jego niebieskich oczach zobaczyli Nadzieję... Szła
ulicą z Powagą. Zniknęły za zakrętem w pośpiechu.
A tymczasem w Waszyngtonie...
Rośli chłopcy w goglach i z nartami na ramieniu wchodzili do portu.
Było pusto. Postanowili wrócić na pustynię. Tam przynajmniej mieli
aparaty fotograficzne. Jason niestety nie mógł im pomóc. Jego Smiena
została w służbowej szafie we Władywostoku. Na Euronews właśnie była
prognoza. Za 6 godzin miało tam być 30 stopni.
Przysiedli w knajpce za rogiem. Serwowali pyszny placek z jabłkami.
Agent specjalny zajadał placek z wiśniami. Nadjechało kilka radiowozów.
Maria sięgnęła do kieszeni. Złożona kartka papieru i kask motocyklowy
były na miejscu. Ale to tylko policjanci przyszli coś zjeść po udanej
akcji w Ogodzie Saskim.
Podeszli do poobijanego Volvo. Jason z całej siły kopnął w błotnik.
Szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy. Wsiedli. Ruszyli z piskiem
pary. Pary borsuków ciągnących rower.
Na
skrzyżowaniu, ze znaków dymnych Indian, którzy wykopali składane
krzesełko, odczytali że więcej informacji uzyskają od
chłopaków ze zszywaczem w empiku, jeśli tylko zdążą przed nimi do kasy.
Mnich był w Basrze. Aby nawiązać z nim kontakt należało załapać się
tylko do administracji polskiej strefy.
Odprasowali kimona, żeby strzelały w czasie kata i bunkai. Czarne
okulary i bejsbolówki na głowach zapewniły im wejście do Ministerstwa
ds. Iraku. W drzwiach minęli Wołowinę - leżała na środku podłogi
obficie podlana podchlorynem sodu.
Usiedli przy stoliku i zaczęli sprawdzać przepustki wychodzącym
urzędnikom. Straż Marszałkowska wyprowadziła ich z Sejmu. Ale osiągnęli
cel - Mnich wracał wieczorem pospiesznym szybowcem. Kawa miała odebrać
go na Polach Mokotowskich. Resztę dnia wykorzystali na małą wycieczkę
do Finlandii.
Niestety spłonęło im łóżko. A wieża Eiffla była poza zasięgiem borsuków.
26.01.2004
Jason stwierdził, że przydałaby mu się znajomość angielskiego. A że był Amerykaninem to poszedł do szkoły.
Przy wejściu pobrali od niego odciski palców i zeskanowali mu siatkówkę.
Szło mu tak dobrze, że już po dwóch tygodniach został jej dyrektorem.
Ale niestety przyszedł kryzys.
Jason opuścił się w nauce.
Dyrektor zawiesił go na dwa tygodnie.
Po tygodniu w szkole zjawili się audytorzy z Ministerstwa Kolei Nieżelaznych.
Sprawdzali zgodność kinezjologi edukacyjnej z pasażerską. Głównym konsultantem była Maria.
Niestety nie miała przy sobie biletu lotniczego i musiała zapłacić karę.
Wyniki audytu były niepomyślne. W obiektach kolei nie można używać aBoeGi.
Na ich liniach energetycznych sygnał PLC mający zapewniać łączność z
Wyrocznią niestety szybko zanika i omega sobie z tym nie radzi.
I Termoman też nie był w stanie pomóc. Nawet z pomocą Janet.
Smutni rozeszli się do swoich pokojów... Oglądać białą flagę przysłaną przez Dido poranną pocztą.
Maria też chciała iść do szkoły, ale niestety zabrakło im kasztanów i Jason również musiał zrezygnować.
Wrócili na StepdeckStrasse i postanowili poczekać na jesień.
Niestety zakłóciła im spokój przepływająca w pobliżu Queen Mary II z
polskimi kibicami wracającymi z zawodów Pucharu Świata w skokach
narciarskich.
Wyszli na spacer do parku Jordana. Po drodze spotkali Józka. Odwrócił
głowę i udał że ich nie widzi. A to wszystko przez wielką czerwoną
plamę na jasnozielonej koszuli Jasona.
Ale za to przejeżdżający opodal na rowerze Błażej rzucił krótkie "Cześć!".
Oczywiście nie zrozumieli...
W oddali przeleciały muchy z jakimiś wielkimi pojemnikami.
| blanty.net | albo | część druga |